|
|
Powiedzmy, że póki co piszę
dla siebie, a w przyszłości jak potomności szeroko pojętej. Co zmieniło się od poprzedniej notki? wiele. Zbyt wiele. W końskim życiu niestety (sic!) znowu pojawił się pewien sierściuch, który rozwala mnie swoim chrumkaniem i wielkimi ciekawskimi maślanymi oczyskami. Był etap zapoznawania się (czyt. siedzenia jak na bombie) etap niuniania (czyt. żeby ci tylko koniki krzywdy nie zrobić) jedna dolina, kilka nieporozumień, jeszcze więcej zgrzytów i pół wakacji, gdzie schodziłam z rogalem na twarzy, bo Blondasek przechodził samego siebie w zajebistości zajebistej. A obecnie usiłujemy odbić się od dna, ale póki co opornie i kiepsko idzie. Dorabiam sobie do tego jakąś teorię pozbawioną sensu (a może i z sensem…?) co i tak nie zmienia faktu, że nie mam nic do gadania, jak zwykle z resztą. Miały miejsce oczywiście pewne zawirowania, bywało kiepsko na tyle, że naprawdę wysiadałam psychicznie. Co prawda jeszcze nie jest tak, jakbyśmy chcieli, żeby było, ale przynajmniej w najbliższej przyszłości wszystko ma szanse się uspokoić. Mimo tych wszystkich problemów, przeciwności losu, cieszę się, że zaufałam ludziom z pojęciem o pojęciu, że mam ogromny szacunek do ich doświadczenia, że nie uderzyła mi sodówka do głowy i nie uważam się za miszcza zza stodoły, „bo coś tam…”. A HITOdrom? Nie wiem, w sumie mało mnie obchodzi czy się tam zabijają czy nagle wszyscy wazelinią się nawzajem. Mało mnie tam ciągnie i niczego nie żałuję. Może ewentualnie sentymentalnie się robi na wspomnienia z dzieciństwa… bo jakby nie patrzeć to się tam wychowałam. I może za tym trochę tęsknię, tzn. za miejscem samym w sobie, nie za ludźmi czy atmosferą broń Boże! ;-) Poza tym stoję trochę na uboczu i obserwuję bieg wydarzeń, czekam na coś czego się po części boję, ale co byłoby spełnieniem moich wszelkich marzeń i planów w 1000%. Starym zwyczajem staram się nie napalać, bo jak wiadomo wtedy wychodzi wtedy okrągłe zero. Nie mniej, baaardzo chciałabym, żeby się udało. I żeby choć raz było inaczej… Jeśli o mą edukację chodzi. Nie wiem czym się kierowałam wybierając ścieżkę geologii morza na III rok, do licencjatu. Na pewno bardziej mnie to interesowało niż oglądanie po raz setny pod mikroskopem okrzemek i zliczanie ich po raz tysięczny. Teraz, z perspektywy czasu, na bank nie wybrałabym petrografii (raczej ze względu na wykładającego :/) toksykologii, czy programowania (to już z lenistwa, jakoś nie mam ochoty się nad tym rozwodzić, jak dodatkowo mi się komendy mieszają z komendami htmla… o.O) Generalnie mogło być gorzej, plan mnie trochę irytuje, niektórzy ćwiczeniowcy też. No i standardowo nie mam bladego pojęcia co chciałabym robić potem. Coraz częściej myślę nad tym, żeby przed pójściem na MSU zrobić sobie rok przerwy. Popracować, zarobić coś, pożyć normalnie. I koniecznie muszę sprawdzić czy to prawda, że otworzą od następnego roku kierunek magisterskich meteorologia.
Hasło na dziś: Jeśli chcesz
rozśmieszyć Boga, opowiedz Mu o swoich planach na przyszłość… Nie omieszkam, nie omieszkam…
by moni, 2009-11-19, skomentuj (0)
|
|
![]() |